Krótszy dzień jest dobrym powodem, żeby wracać pieszo
Dwadzieścia minut chodzenia po pracy nie wymaga karnetu. Wymaga trasy, na której widać krawężnik.

Zmiana światła po południu wypycha ludzi z parków albo właśnie do nich, zależnie od tego, czy aleja jest oświetlona. Krótki spacer po pracy nie jest programem treningowym. Jest sposobem, żeby dzień nie kończył się na progu biura i na fotelu.
Trasa ma być nudna i przewidywalna: chodnik, przejście, jedna pętla, którą da się skrócić, gdy zacznie padać. But, który nosi się do pracy, nie musi być butem startowym. Musi nie ślizgać się na mokrych liściach.

To nie jest zalecenie medyczne i nie zastępuje wizyty, jeśli ktoś ma powód, żeby o wysiłku porozmawiać z lekarzem. Dla człowieka bez takich ograniczeń dwadzieścia minut chodzenia jest zwykłą częścią dnia, nie wyzwaniem z aplikacji.
Miasta, które gaszą boczne alejki, same podpowiadają trasę. Idzie się tam, gdzie świeci latarnia. Reszta może poczekać do soboty.