Filharmonie otwierają sezon zwykłym wieczorem, nie galą
Abonamenty na jesień schodzą wcześniej niż plakat premierowy. Sala liczy miejsca, nie fajerwerki.

Sezon filharmoniczny zaczyna się w październiku w sposób, który z zewnątrz wygląda skromnie. Próba, program złożony z rzeczy granych pewnie, i kasa, która sprzedaje abonament z zeszłego roku, zanim wypuści pojedyncze bilety.
Dla słuchacza różnica jest praktyczna. Kto ma abonament, siedzi tam, gdzie siedział. Kto przychodzi raz, bierze to, co zostało na obrzeżu sali, albo czeka na koncert poza cyklem. Gala otwarcia, jeśli jest, nie zastępuje tego układu.

Sale proszą o jedną rzecz przed wejściem: sprawdzić godzinę na bilecie, nie na zeszłorocznym programie. Początek bywa o wpół do ósmej albo o siódmej, zależnie od miasta i od tego, czy przed koncertem jest wprowadzenie.
Programy są na stronach instytucji. Nie przepisujemy tu repertuaru, bo zmienia się przy gościnnym odwołaniu. Pewne jest tylko to, że jesień w filharmonii zaczyna się od krzesła z numerem, nie od nowego budynku.